niedziela, 14 grudnia 2025

U stóp Mądrej Góry o czterech zboczach - nieskończony

***

W królestwie wyobraźni Centrum Pamięci. Małe, wzniesienie, między grzbietami.
Zbocz ma cztery, każdą historię opowiada: miłości i nienawiści, blasków i cieni.

Pierwsze zbocze błękitne, perłową siecią przeplecione: labirynt spotkanych ludzi.
Drugie polana. Kaskadową zielenią i purpurą przebłyska: świetlisty szpaler możliwości.
Trzecie zbocze: stroma droga decyzji i trudów, gdzie raz po raz noga się omsknie.
Czwarte to Czarny Wąwóz upstrzony brunatnymi jarami: rzeka łez i bielejących kości.

Nie daje szansy wejść pod górę, nie będzie można wrócić z niej
Gdy ciężka droga drąży skórę, idziesz dalej, nie chcąc więcej ni mniej.
Gdy szlak hipertonami, kosmosem marzeń, kaskada młodości i trudów się ziści.
Skończy się wszystko, nastanie cisza. Nie będzie już ni miłości, ni nienawiści.


Buczynową zielenią nadziei kolejne zbocze porosło, między drzewami przyszłość.
Dobrą nowiną, szczęśliwym echem pogodę marzenia się niosą. Nadzieja czy miłość?
Wąskie te ścieżki, kruche i niepewne przez to zbocze wiodą. Pusty ten szlak. Cichy
Najwytrwalsi tą drogą podążają i najbiedniejsi, co wierzą w szczęście i miłość.


Ciurkiem szemrzą łzy skał. Pot kamieni, krople osiadają, zbierając się i łącząc.
Narasta ta fala, szumi spieniając wiedzę, wspomnienia, oczekiwania i mądrość.
Strumień najtwardszych wspomnień, kamiennych, szorstkich, co żal rozpalają.
Petroglify toczą się na ostrościach, runy mądre na swoich ciałach, wyrzynać chcą.
 

U góry wieńczy dzieło wspaniała Ona. 

Mądra Góra. 

Wspaniała.

Zimna.

Zuchwała.




Oddane dłonie Męczenników Góry, układają na stosikach wspomnienia wszystkich.
W szmaragdowe butle zbierają łzy, w bursztynowe słoje uśmiechy łapią i błyski.



28-29.05.2019 06.06.2019

***




***

 ***


Bezsennie i bezludnie,

czekam na jutro.

Nie do końca chciane...

Bo trudne.


***

2005-2006




Sobótka

 ***

Mrówki śpią,

ludzie nie.

Gdyby być szczerym,

dym się dymi,

tańczy,

czy się poniewiera?


W kłębach inni,

inne sprawy,

zapach topoli

i mokrej trawy.


Jestem znowu,

on jest z nią.

W punkcie wyjścia.

Mrówki śpią.


***


23.06.2005




***

***

Zwojami, rękami, splotami uwikłani.
Jeszcześmy tylko kochankowie, czy już zakochani?
Wieczorem wessani, zmęczeni z ranka.
Ciałem w usta — ustami w kochanka?

Zmęczeni, zaspani, mgłą oplątani jak kocem. Sny.
Kadzidło. Sny coraz gęstsze z kolejnymi papierosami.

Najpierw Ty. W tej gęstej mgle po prostu jesteś Ty.
Ty jesteś we mgle obsesjo moja, a Tobą jest mgła.
Jest dym, poświata, czy świetlista mgła.
Jest mgła. Mgła. A we mgle ja jestem.

***
4.08.2004




 

***

 ***


Samobójczy mord na samym sobie? Ożycie. Odtapianie.

Nie czyń topielcu pustek wśród naszego topieliska.

Mokrą, zgniłą bracią z nami bądź. Zostaw ją.

Pamiętaj, że marzniesz, gdy odchodzisz żywy od ogniska.


***


2009


sobota, 13 maja 2023

 Zima kolejna



Zimo. Spustoszyłaś mnie oczekiwaniem i niepewnością. Zaskoczyłaś mnie
i trochę zawiodłaś. Niegdyś mądrością byłaś i ukojeniem. Teraz — nieobecnością.

Oszukałaś mnie Zimo. Miałaś przyjść, nie przyszłaś. Jak ktoś na randkę, oczekiwany, 
list. Pergamin w szklanej butli, co wypływa w dłonie kochanki, wprost z morskiej piany.

Chleba, chleba posmaruj mi Zimo ważnością, uważnością i szczęściem. Zauważeniem,
obdarz mnie, nie, jakbym żebrakiem była, ale godną ciebie osobą, stworzoną spełnieniem.

Szukałam cię Zimo. Szukałam jak spokoju, wspomnienia chłodnego pustawego domu,
w którym bogactw trudno szukać, ale spokojem i dobrem otoczy cię cisza pokoju.

Daj, daj Zimo uśmiech, daj ciepło dawać. Daj jeszcze trochę piękna mi — Kobiecie, zanim
chrupiącymi po śniegu krokami przyjdzie On — Sztorm, da mi wiosnę, a nawet lato i więcej.

Wspominam z przeszłości marzenia przyszłych lat. Miały być, nie były. Szczodrości, igliwia,
mandarynek i herbaty. Nie spełniły mi się. Odpływa marzenie, jak wino i czas upływa.


Chciałam Zimo przytrzymać promień twojego światła, zimny był. Zimny, ale ciepły jasny.
Wypadł mi z dłoni w lutowy dzień. Szukam teraz, może znajdę z marcowym brzaskiem


Mam w głowie Zimo więcej marzeń niespełnionych niż ty płatków śniegu i mroku.
Scal Zimo skokiem na głęboką wiosnę, scal, proszę mój rozpadający się świat.
Sklej żywicą jaśminu, poklej nektarem listy, rozmowy z czterema porami roku.

09.2020-05.2023




czwartek, 4 czerwca 2020

Lato II

Przysiadłeś mi na poręczy, ty moje letnie i tęskne zmartwienie.
Objawiasz się cieniem pod późnymi konwaliami i stokrotek więdnięciem.

Zacząłeś mi się Lato drogie od burzy, zamiast słońca, 
od smutku zaczął się nowy początek.
Nietypowo jak na nowe, słoneczne i cieple tygodnie. 
I różne smutki przychodzą mi do głowy.

Nowego, nowego wiersza tęskno mi miły, dawno, 
pradawno już nie widziałam cię.
Kończą się siły, uczucie, kobiecość. Męczą dni. 
Znika, zamiast zachwycać – wdzięczność.

Szumią złote włosy moje, pachną kokosem, różą magnolią, 
a z tobą pachniały powojem.
Muska ramiona nocny powiew szemrzącej poświaty księżyca. 
Pościelą szeleszczę.
Powiedz miły mój, daj mi zasnąć lub się rozkochać. 
Powiedz, czy nie chciałbyś jeszcze?

Nabrzmiewaj, pęczniej tęskno, trawo wzrastaj, 
od środka rośnij i mnie rozgrzewaj.
Muskaj trzewia i korć do kochania, aż ono zapłonie 
i wyrośnie jak wargi czy drzewa.

Podnoś, podnoś mnie tęsknoto za wiosenną miłością, 
podganiaj i ustać nie daj.
Bulgocz tęsknoto, napowietrzaj mnie, rośnij jak ciasto, 
jak dziecko we mnie. Daj mi śpiewać.

Śpiew, śpiewnym czasom wspomnienia oddałam i uśmiechy. 
Posmutniałam i spoważniałam,
Ale pamiętam te pachnące noce, rosa pokryte księżycowe łąki. 
Daruj mi wiosno tamte grzechy.

Bóg i Bogini. Jeden i drugi brzeg rzeki. To my. 
Sztorm i spokojne wody jeziora.
Muskaj mnie od środka, słodka miodowa tęsknoto i pachnij życie, 
jakbym znów była twoja.

Czerwcowy wiatr, majowe smutki zaśpiewał, 
zagarnął jak przyjaciel mnie ramieniem,
Objął, pocieszył, ale też zasmucił i rozgniewał. 
Bo czyś ty był prawdą, czy mglistym zaćmieniem?

Szepczą o mnie trzciny, szepczą polne kwiaty, 
rozśpiewały się ptaki i wszystkie drzewa.
Że nie tak to było. Nie byłeś dla mnie ty ni ja dla ciebie. 
Dłonie zwisają i nikt nie śpiewa.

Stoją, jak stały góry kamienne, kamienne drogi 
i ścieżki wyboiste przed wędrowcem rozpościerał.
Mądry świat, co od wieków już miał góry i doliny. 
Jak w życiu trudności i radości przed tobą otwiera.


3.06.2020
***
Magdalena Tatar


wtorek, 12 maja 2020

Wiosna II



Wiosno, Wiosno zeschła, zapłonęły ptaki rozmową. 
Dziś to one mówią, nie ja. Nie wiem.
Czy pióra ich iskrzą się kaskadowymi słowami, 
cichą modlitwą czy perlistym śpiewem.

Zapałałam chęcią rozmowy w milczeniu, 
mówić bym chciała. A tu susza.
Słowa bym wydawać chciała jak dzieci, pot, krew i złość, 
niech emanuje dusza.

Śpiewam, śpiewam, aby ktokolwiek usłyszał, 
aby dotknął, zauważył przez prześwit mnie.
Żem żywa, tęskniąca, krwista i namiętna, 
a nie tylko pył, kurz, pajęczyna i pusta dusza.

I mniej jakoś chcę, nie pragnę, nawet nie śnię i nie marzę.
Dlaczego Wiosno do czego innego pocałunki dziś mi służą?
Ręce obejmujące nie sięgają do ciebie ni do mnie. Donikąd.
Powiedz mi, czy szczęście, którego chciałam, to było za dużo?

 ***

02-03.2020-05.2023






poniedziałek, 11 maja 2020

Nauczyciel


Ruszyłam między drzewa ścieżką ledwie widoczną, 
raz dołem raz szczytem.
Las mądrym był nauczycielem, drogą szkołą, 
niebo — niebem, życie — życiem.

***

 11.05.2020



poniedziałek, 30 grudnia 2019

Szron



Gładko sunę w niewidoczną, chłodną, międzygórską jeziora toń.
Jak On mnie wzywał, tak idę. Skądkolwiek wołał, zmierzam doń.
Nad wszelką wątpliwość, drogi się nasze nie skrzyżują. Teraz ani nigdy.
Nad wszelką wątpliwość, to nie pocałunki czuję na skórze — to szron.

***

10.12.2019
Magdalena Tatar

 ***

 


 

wtorek, 17 grudnia 2019

Wszechpytania


Wszędobylskie wspomnienia zdrapuję. 
Jak kurz połacie zatopione w swoim mam ciele.

Wszechobecne promienie słońca rażą moje oczy 
jak grzechy przed Bogiem. W niebie.

Nie, nie wiem. Jak długo tu byłam, po co, 
czy stąd ruszę, czy na zawsze wszechbędę.

Zewsząd wszechgromadzą się nade mną chmury. 
Jak wścibskie spojrzenia, co ciągle pytają:

ta miłość to katharsis była, ekstaza, radość i raj,
 czy piekłem była, głupotą i wszechbłędem.


***


10.12.2019
Magdalena Tatar 


***
 


poniedziałek, 25 listopada 2019

Arboretum jesienne


 



Jesienią Wrzesień okrył mnie, tak jak obiecał, ciepłymi promieniami, 
mglistym kocem. Omszałym kobiercem
szeleszczących wspomnień, liści. Powiedz, wyjaśnij. Powiedz czemu 

— bym poczuła się kobietą czy dzieckiem?


Krew, tętno, tęsknota. Przymykam w drodze krętej i wilgotnej 

oczy, powieki sklejam. Czy to
przędza jesiennej woli zamyka mi je na światło, miłość, las i drogę, 

czy to tylko lepkie babie lato?


Palce, palce gałązek w górskim lesie potargały myśli. Uczesały marzenia.
Czuję sygnał, który daje świat. Niechęć chęci, chęć niechęci do wiecznego szukania.
Szukam wzburzonego morza spojrzeń, huraganu wnętrza, 

co pieści obłęd, mąci wodę i zmienia — wszystko zmienia.


Może jeszcze raz i jeszcze znowu. Pójdę szlakiem w górę 

lub w dół. Ponownie przemierzę.
Daj mi znaleźć ciepłą dłoń Październiku na karku słabym, 

rozłóż jesienne ramiona — szerzej.


Szerzej, szerzej wiedź drogo, a przytulne miejsce na nocleg 
daj mi znaleźć dobry Listopadzie. Wspomóż
sekretne przejście, na drugą stronę szaleństwa, lepszą stronę, spełnioną

i spokojną. Niech będzie mi cieplej, kiedy przyjdzie Grudzień.


A jeśli bym nie widziała waszych znaków, pogubiła ścieżki, 

poszła drogą, co nic nie zmienia, a niszczy.
Jeśli nie dacie mi szansy, pójdę inną miedzą sama. 

Bez mieści i ciepła, ale bez wojen i zgliszczy.



***

10-16.10.2019

Magdalena Tatar 


sobota, 16 listopada 2019

Amelia



Zasiadła Amelia w fotelu alabastrowym,
chętne ramiona winnych pnączy ją utulą.
Odetchnie chwilę ciennym tchnieniem, 
zastygnie na chwilę albo wieczność smutną.


Podtrzymały koronkowe, misterne poręcze wątłe dłonie,
kroplą rosy winne grono oblało fiołkowo-trupie wargi.
Makową czerwienią spierzchnięte ustka Amelii płoną, 
spojrzenie zamarło, serce ustało, nie słychać najcichszej skargi.


Pajęcze koronki utkanych całunów rękawów. Bajeczne.
Splotły się silnie z powojami, stalowym oparciem, altaną.
Kaskada liści, baldachimów jak dach na głową zwisła
chroniąc myśli, spokój i serce, jak zielone, silne skrzydła.


Kapały srebrne krople jak oddechy na gorące czoło, ciało.

Zapachem róży, piżma, bzu, którymi on się zachłysnął.
Kap, kapie teraz wino, jak z pocałunków ścieka.
Otwiera oczy i usta, koi Amelia serce starą pieśnią.


"Rośnij, rośnij złoto mi. Nabrzmiewaj złoto, bogactwo,
ale nie w pierścieniach, koronach i w monetach,
lecz w cieple dusznych pól i bursztynowych ziół,
którymi obsypię oblubieńca, który na mnie czeka."


Zebrały się w tęsknej głowie wszystkie zmysły i wspomnienia.
Zachwiał się w posadach tysiącletni spokój, mur, dom.
Ochłonąć Amelia nie może, tęskni i inna jej gorąca potrzeba.
Zakotwiczony po każdy moment i brzeg. On - Sztorm.


Wyłania się z morskich głębin ten wulkan wielkiej siły,
muska Sztorm po skroniach lekki wiatr pieśni i poezji.
Nie zetkną się na tej ziemi, tylko w boskich światach.
W niepojętej bliskości i dali, w niespełnieniu bez-brzeż-ni.



06.09.2019

***

Magdalena Tatar