Jesienią Wrzesień okrył mnie, tak jak obiecał, ciepłymi promieniami,
mglistym kocem. Omszałym kobiercem
szeleszczących wspomnień, liści. Powiedz, wyjaśnij. Powiedz czemu
— bym poczuła się kobietą czy dzieckiem?
Krew, tętno, tęsknota. Przymykam w drodze krętej i wilgotnej
oczy, powieki sklejam. Czy to
przędza jesiennej woli zamyka mi je na światło, miłość, las i drogę,
czy to tylko lepkie babie lato?
Palce, palce gałązek w górskim lesie potargały myśli. Uczesały marzenia.
Czuję sygnał, który daje świat. Niechęć chęci, chęć niechęci do wiecznego szukania.
Szukam wzburzonego morza spojrzeń, huraganu wnętrza,
co pieści obłęd, mąci wodę i zmienia — wszystko zmienia.
Może jeszcze raz i jeszcze znowu. Pójdę szlakiem w górę
lub w dół. Ponownie przemierzę.
Daj mi znaleźć ciepłą dłoń Październiku na karku słabym,
rozłóż jesienne ramiona — szerzej.
Szerzej, szerzej wiedź drogo, a przytulne miejsce na nocleg
daj mi znaleźć dobry Listopadzie. Wspomóż
sekretne przejście, na drugą stronę szaleństwa, lepszą stronę, spełnioną
i spokojną. Niech będzie mi cieplej, kiedy przyjdzie Grudzień.
A jeśli bym nie widziała waszych znaków, pogubiła ścieżki,
poszła drogą, co nic nie zmienia, a niszczy.
Jeśli nie dacie mi szansy, pójdę inną miedzą sama.
Bez mieści i ciepła, ale bez wojen i zgliszczy.
***

