Wtłoczyłaś mi Jesień w płuca chłód, trupio zimne, mokre tchnienie,
a ja chcę, by żar marzeń życiem był, krwią, a nie tylko wspomnieniem.
Rozgarnęłam liście mokre, szukam pośród nich imienia twego. Sczerniałe
płatki lepią się. Odsłoniłam wnętrze, zieloną, żywą, iskrzącą się, wiosenną trawę.
Ty zapach moich włosów, ukradkowe wspomnienia, ja blask i śmiech twój
— zapomniałam, spakowałam do torby, zakręciłam słój, zgubiłam marzenia.
Zapachniałaś mi jesieni, zamiast głębią ciepła, to płaskim wspomnieniem.
Coś się zmieniło. Coś zgubiłam. Ktoś mnie nie kocha. Czegoś nie wiem.
Zamiast złotem razisz mnie jesieni dymem, co w drewnianej izbie drapie w oczy.
Zamiast ciepłem pieca, kafli, ogniska, tulę w dłoniach chłodne, zesztywniałe stopy.
Zamiast miłości, smutny wędrowiec do domu zawitał — pustka. Pustka i cisza
w domu zapanowały. Z płomienia — czarne zgliszcza. Z gorejącej rany — blizna.
Ciepły, ciepły dym pamiętam. Kokon, rozkosz, serdeczne słowo wypowiedziane
wiosenną nocą, majowym dniem, lipcowym świtem i w niezapomnianą noc czerwcową.
Otoczył mnie jesienny świat, strefa mroku i zakończenia. Już nie zapuszczę tu korzeni.
Esencja prostych praw, na szczęście przepis, jesienna tkliwość i ten, który to zmienił.
a ja chcę, by żar marzeń życiem był, krwią, a nie tylko wspomnieniem.
Rozgarnęłam liście mokre, szukam pośród nich imienia twego. Sczerniałe
płatki lepią się. Odsłoniłam wnętrze, zieloną, żywą, iskrzącą się, wiosenną trawę.
Ty zapach moich włosów, ukradkowe wspomnienia, ja blask i śmiech twój
— zapomniałam, spakowałam do torby, zakręciłam słój, zgubiłam marzenia.
Zapachniałaś mi jesieni, zamiast głębią ciepła, to płaskim wspomnieniem.
Coś się zmieniło. Coś zgubiłam. Ktoś mnie nie kocha. Czegoś nie wiem.
Zamiast złotem razisz mnie jesieni dymem, co w drewnianej izbie drapie w oczy.
Zamiast ciepłem pieca, kafli, ogniska, tulę w dłoniach chłodne, zesztywniałe stopy.
Zamiast miłości, smutny wędrowiec do domu zawitał — pustka. Pustka i cisza
w domu zapanowały. Z płomienia — czarne zgliszcza. Z gorejącej rany — blizna.
Ciepły, ciepły dym pamiętam. Kokon, rozkosz, serdeczne słowo wypowiedziane
wiosenną nocą, majowym dniem, lipcowym świtem i w niezapomnianą noc czerwcową.
Otoczył mnie jesienny świat, strefa mroku i zakończenia. Już nie zapuszczę tu korzeni.
Esencja prostych praw, na szczęście przepis, jesienna tkliwość i ten, który to zmienił.
***
7.10.2019
Magdalena Tatar
***

